Przedstawiamy kolejny fragment tym razem z artykułu prof. Bogusława Wolniewicza opublikowanego w „Życiu” w marcu 1998 r. jako głos w dyskusji „Po co nam reforma edukacji?”. Jak widać proces dewastacji szkoły trwa już dziesięciolecia:
Głównym zadaniem szkoły jest nauczanie. Wychowanie może się w niej pojawić jedynie jako cenny produkt uboczny, jak koks. Szkoła wychowuje tylko poprzez nauczanie: przez jego treści, jego poziom, jego rygory i jego celową organizację. Innych środków nie ma. (Ewentualność wychowywania wprost przez „położenie nacisku” na nie – np. przez częstsze „pogadanki wychowawcze” – jest pedologicznym urojeniem, z góry skazanym na niepowodzenie.)
Aby uczyć i wychowywać, szkoła musi wszystkie cztery wymienione elementy procesu nauczania skupiać w swoim ręku. Brak choćby jednego rujnuje efekt dydaktyczny i pedagogiczny wszystkich pozostałych. Są to niejako cztery niezbędne dźwignie szkoły, które tylko przyłożone razem mogą dać właściwy rezultat wychowawczy: światłego i porządnego człowieka.
Jedną z czterech dźwigni szkoły są rygory nauczania. Znaczy to, że w szkole – czyli w nauczycielu, indywidualnie i kolektywnie – musi spoczywać władza egzaminowania, oceniania i promowania. „Bardzo dobry”, „dobry”, „dostateczny”, „niedostateczny” – tak egzaminuje nas życie, surowo a obiektywnie. Dlatego szkoła, która tej dźwigni na serio używała, była szkolą życia, wobec której każdy odczuwał szacunek, niejeden wdzięczność, a niektórzy nawet miłość. Natomiast nowomodna szkoła „radosnej zabawy” i „wychowania bez porażek” jest sztucznym rezerwatem, który osłania się monstrualnym kłamstwem ideologicznym. Czy należy się zatem dziwić, że tak ją widzi młodzież, i że odnosi się do niej z rosnącą pogardą i nienawiścią? Dziwić by się trzeba, gdyby było inaczej.